Foster Alan Dean - Przeklęci Tom 02 - Krzywe Zwierciadło - Rozdział 03

    Kwestia wyniku Finałów stała się przedmiotem powszechnej dyskusji. Powiedzieć, że była to materia tylko kontrowersyjna, to tak jakby potwory nazwać "przyjaznymi inaczej". Dopiero po kilku dniach komitet ogłosił werdykt.

    Zdecydowano, że skoro regulamin zabraniał jedynie sięgania po fizyczną przemoc, wszystko inne należy uznać za dozwolone. Grupa z Kizzmat pierwsza zastosowała "niekonwencjonalne metody", zatem trudno winić grupę z Siilpaan, że odpowiedziała czymś podobnym.

    Pluton Randżiego zajął pierwsze miejsce.

    Nikt się nie obraził; przegrana w Finałach nie przynosiła ujmy na honorze, ostatecznie obie strony miały przed sobą jeden i ten sam, wspólny cel: walkę z potworami. Dowódca grupy z Kizzmat przyszedł złożyć Randżiemu gratulacje.

    - Mieliśmy szczęście - powiedział Randżi. - Wyjątkowe szczęście. Równie dobrze mogłem zostać kaleką.

    - Nie i doceniliśmy was - odparł tametn. - Byliśmy pewni, że nasz plan nie ma słabych miejsc. Obecnie skłonny jestem wierzyć, że nawet najlepiej przemyślana operacja zawsze może się posypać.

    Siedzieli w jadalni młodszych grup i dyskutowali o strategii tak przyjaźnie, jakby wszyscy byli wygrani. W pewnym sensie tak właśnie się stało.

    - Ale czy i ty nie nabrałbyś na naszym miejscu przesadnej pewności siebie? Przeważaliśmy w sile ognia, mieliśmy mapę Labiryntu i porządnie okopany sztab.

    - Najpewniej tak.

    - Tylko o jednym nie pomyśleliśmy. - Dowódca z Kizzmat sięgnął po filiżankę. - Nie przyszło nam do głowy, że przeciwnik będzie bardziej szalony od nas. - Skrzywił się, a reszta skwitowała jego uwagę śmiechem.

    Tylko Winun pozostał poważny.

    - Ciekawe, czy z potworami będzie tak samo?

    - Nieważne - powiedział Randżi. Teraz, gdy Finał dobiegł końca, chłopak wyzbył się już ostatnich wątpliwości i bezgranicznie uwierzył we własne siły. - Pokonamy ich, cokolwiek wymyślą.

    - Wygrali wiele bitew - zaznaczył zastępca dowódcy przeciwnika. - Podobno w bezpośrednim starciu, jeden na jednego, są zawsze górą.

    - Nigdy nie spotkali jeszcze takich jak my - wtrącił Tourmast. - Szanowny Kouuad mówi, że jesteśmy obecnie równie dobrzy, jak oni, a może nawet lepsi; on chyba wie, co mówi. Potykał się z potworami przez lata.

    - Niedługo się przekonamy - stwierdził Randżi.

    - Nie mogę się doczekać - mruknął dwuznacznie Tourmast i uniósł naczynie. Byli konkurenci, obecnie towarzysze broni, razem wychylili toast.

    "Niedługo" nadeszło wcześniej, niż się spodziewali, i w sposób, który wszystkich zaskoczył.

    Oczekiwano, że po promocji na stopnie oficerskie kadeci skierowani zostaną na stanowiska dowódcze do różnych jednostek. Liczba zdobytych w trakcie szkolenia punktów decydowała zwykle o atrakcyjności przydziału. Tym razem jednak stu pierwszych absolwentów utworzyło doborową grupę szturmową. Nikt się nie zmartwił, znaczyło to bowiem, że znani od dzieciństwa przyjaciele zostaną razem, miast rozpierzchnąć się po kosmosie.

    Mimo wielu lat przygotowań, Randżi poczuł nagle żal, że przyjdzie mu opuścić Kossut.

    Byli o rok starsi, znacznie silniejsi, szybsi i mądrzejsi, pełni wiary we własne umiejętności, gotowi przysiąc, że żadne potwory nigdy ich nie pokonają. Niecierpliwie wypatrywali okazji do walki.

    Skierowano ich na planetę zawną Koba; słabo zaludniony świat, na którym potwory utrzymywały swoją placówkę. Dowództwo liczyło, że uderzenie stosunkowo nielicznej, ale elitarnej kompanii pozwoli na znaczący postęp.

    Mieli już prawdziwą broń; zabawki zostawiali w domu. Koniec z symulacjami, labiryntami. Randżi został zastępcą dowódcy, pochodzącego z Kizzmat weterana imieniem Soratii-eev. Za sprawą istniejącej między nimi sporej różnicy wieku nie poczuł się dotknięty takim przydziałem. Uznał, że to najwyższy honor służyć pod kimś tak doświadczonym.

    Jeśli cokolwiek onieśmielało niedawnych kadetów, to olbrzymie nadzieje, które wiązali z nimi o wiele starsi żołnierze.

    Podczas przygotowań do bojowego wyjścia z podprzestrzeni i lądowania na Koba Randżi był zdumiewająco spokojny. Niezależnie od tego, co mogło ich spotkać, wiedział, że może ufać kolegom, bez względu na to, z jakiego miasta na Kossut pochodzą. Cywilizowany świat nie widział jeszcze takiego komanda.

    Co więcej, do walki pchało ich nie tylko poczucie obowiązku, ale pragnienie zemsty.

    Gdy rozległ się brzęczyk zapowiadający przejście do przestrzeni realnej, Randżi myślał o rodzicach i o swoim młodszym bracie, który zaczynał obecnie przeszkolenie. I o siostrze. Tudzież o prawdziwych rodzicach. Inni mogli walczyć w obronie krewnych czy przyjaciół, za sprawę cywilizacji, ale Randżi wiedział, że żadne zwycięstwo nie przywróci już życia jego zamordowanym biologicznym rodzicom.

    Na Koba panował miły, umiarkowany klimat, łagodne wiatry czesały rozległe, trawiaste równiny i porosłe lasami płaskowyże. Miejscowy ekosystem nie był zbyt urozmaicony, wśród zwierząt dominowały drobne, ryjące podziemne tunele leśne stworzenia, brakowało większych drapieżników. Może to za sprawą karłowatej postaci traw i nieobecności roślin krzewiastych, tradycyjnego ukrycia wszystkich naturalnych napastników. Nie było tu także inteligentnych form życia.

    Jakieś sto lat wcześniej wróg założył na Koba kilka centrów naukowych. Prawdziwa kolonizacja zaczęła się dopiero niedawno i to jej właśnie trzeba było przeszkodzić. Jak dotąd potwory odpierały z powodzeniem wszystkie ataki, a nawet zwiększały miejscową produkcję żywności. Dobrały się też do tutejszych kopalin. Z czasem planeta mogła stać się istotnym elementem ich systemu gospodarczego i nie należało zostawiać tak bogatego potencjalnie świata na żer siłom zła.

    Wszystkie większe zgrupowania zajęte były gdzie indziej, uznano więc, że tylko kilka przeprowadzonych z chirurgiczną precyzją operacji może obrzydzić przeciwnikowi życie na Koba. Szczególnie, że system obronny potworów nie był jeszcze zbyt rozbudowany, a ściągnięcie posiłków do ochrony placówki musiało zająć sporo czasu.

    Oceny potwierdziły się o tyle, że ładowanie przebiegło bez kłopotów i strat. Nie spotkali się też z żadną kontrakcją na powierzchni. Być może lokalny garnizon został zaskoczony rozmiarami desantu i nie znalazł sposobu, by przeciwstawić się takiej sile. Zdumieją się jeszcze bardziej, gdy kompania Randżiego ruszy do walki i pokaże, jak dalece jej taktyka odbiega od stereotypów...

    Przywiezione wraz z wyposażeniem ślizgacze nowego typu poruszały się praktycznie bezszelestnie, a bliska zeru emisja promieniowania cieplnego pozwalała używać ich bezpiecznie pod osłoną ciemności. Inne grupy związały z miejsca placówki potworów walką, kompania zaś Randżiego ruszyła jak najszybciej równiną na tyły przeciwnika. Żołnierze poruszali się kompletnie nie zauważeni, po drodze zaś mijali co pewien czas nieświadome niczego posterunki wroga.

    Kierowali się ku największemu w zamieszkałej okolicy ośrodkowi informatycznemu i węzłowi łączności zarazem. Mimo szybkości pojazdów rychło pojawiły się wątpliwości, czy zdążą z operacją. Nim dzień dobiegł końca, siły przeciwnika otrząsnęły się z zaskoczenia i zadały lądującym tak duże straty, że miejscowy dowódca zaczął zastanawiać się nad pospieszną ewakuacją z planety. Na szczęście wyżsi oficerowie doszli ostatecznie do wniosku, że jeśli chcą mieć jakikolwiek pożytek z tego świata, muszą chociaż raz odnieść sukces.

    Jak dotąd grupa Randżiego pozostawała nie wykryta. W pewien sposób potwierdzała tym samym swą wartość.

    Ośrodek informatyczny leżał tuż obok sporego miasta założonego na skraju jednego z licznych tu płaskowyży. Grupa szturmowa musiała podchodzić do celu od dołu, z równiny.

    Miast wylądować na szczycie urwiska, czego nieprzyjaciel mógł łacno oczekiwać, Soratii zdecydował, iż ruszą pod górę wąską rozpadliną, dokładnie tropem ujętej w system kaskad rzeki. Dopiero wtedy czujniki wychwyciły ich obecność i obrońcy miasta zostali zaalarmowani.

    Grupa Randżiego odpierała jeden kontratak po drugim i nie zwalniała nawet zbytnio, poruszając się po dwóch, trzech, by jeszcze bardziej zdezorientować i tak oszołomione już siły przeciwnika. Podążali bokami pienistych katarakt, których nieustanny szum i wypełniająca powietrze wodna mgiełka skutecznie kryły przemarsz. Lekkie pancerze z ekranowaniem chroniły przed wykryciem w podczerwieni, tak zatem jedynym sposobem dostrzeżenia napastników było wypatrzenie ich własnymi oczami.

    Dalej teren zrobił się jeszcze bardziej stromy i walka przybrała postać indywidualnych pojedynków, w których członkowie komanda nie mogli skutecznie wspierać się nawzajem. Na szczęście przeciwnik borykał się z tym samym kłopotem, jednak ostatecznie walka przybrała cokolwiek chaotyczny obraz i zapewne dzięki temu Randżi zdołał zebrać swoich i ruszyć dalej.

    Wkoło błyskały wiązki energii, co chwila rozlegała się jakaś detonacja, aż weszli do porastającego wyższe partie zbocza gęstego lasu. Tutaj walczyć było jeszcze trudniej, ale szczęśliwie trafili na strumień. Nawet w epoce perwersyjnej wprost elektroniki, brak świeżej wody potrafił działać na żołnierzy bardziej destruktywnie niż ciężkie bombardowanie.

    Gęste zarośla zapobiegały wykryciu z powietrza, a kamuflaż mundurów powinien przy odrobinie szczęścia pozwolić na skryte dotarcie do samego celu. Jeśli uda im się zniszczyć centrum, nie tylko wywołają zapewne panikę wśród miejscowej ludności, ale sparaliżują jeszcze w znacznym stopniu system obronny planety. Gdzieś z lewej wybuchła ostra strzelanina. Byli już dość blisko, by dostrzec pierwsze sterczące w niebo anteny. Budynki wciąż kryły się za drzewami. W komunikatorach bliskiego zasięgu mieszał się gwar meldunków i rozkazów.

    Mimo trudności, z jakimi musiała borykać się grupa po drugiej stronie kaskady, Randżi ruszył ze swoimi dalej.

    Byli już przy ogrodzeniu, gdy wpadli na wrogi oddział, przeprawiający się akurat przez rzekę z niedwuznacznym zamiarem dołączenia do trwającej wciąż poniżej strzelaniny.

    Randżi poczekał, aż tamci znajdą się pośrodku nurtu, i dopiero wtedy kazał ukrytym za drzewami i skałami podwładnym otworzyć ogień. Zaskoczenie było całkowite. Ci przyłapani pośrodku rzeki nie mieli dokąd uciekać, chociaż Randżi uważał, że i tak zbyt wielu wrogów ocalało. Większość umknęła w dół rzeki, w bród lub też po kamieniach. Prąd uniósł szereg bezwładnych ciał, reszta zaś przeciwników zniknęła w lesie.

    Randżiemu po raz pierwszy trafiła się sposobność, by obejrzeć potwory z bliska.

    Tylko kilku poległych odzianych było w pancerze czy mundury z kamuflażem, co potwierdzało jedynie, jak bezpiecznie czuł się tutejszy garnizon. Randżi był zdumiony podobną beztroską, panującą w tak ważnym, strategicznym punkcie. Zbytnia pewność siebie czy po prostu zaniedbanie? Tak czy inaczej, nie oczekiwali tu nikogo, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

    Tourmast przyklęknął i obrócił jedno z ciał, tylko w górnej partii chronione pancerzem. W okolicy podbrzusza ziała spora dziura. Wprawdzie Randżi widział wiele nagrań i portretów, ale widok martwego potwora i tak był dlań szokiem.

    Trójwymiarowe projekcje nie kłamały - podobieństwo było uderzające. Znaczy, fizyczne, upomniał się w duchu. Pod względem psychicznym ziała między nimi przepaść, szczególnie gdy pomyśleć o kręgosłupie moralnym.

    - Nic tu po nas - mruknął. - Ruszamy dalej.

    Tourmast chrząknął i wstał, a Randżi nawiązał łączność z resztą grupy.

    Oddział po drugiej stronie rzeki poniósł ciężkie straty, ale szybko przeprowadził udany kontratak i dokonał przegrupowania, by wznowić marsz. Byli już blisko pozycji Randżiego. Po drodze zestrzelili jeden wrogi ślizgacz z działkami na pokładzie. Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami, większość sił wroga walczyła obecnie daleko na południu, związana obecnością głównych sił desantu. Tutejsi przeciwnicy dysponowali niemal wyłącznie lekkim uzbrojeniem.

    Napastnicy wysypali się z lasu i pobiegli ku celowi operacji. Z zaskoczeniem odnotowali brak silniejszego oporu. Nieliczni obrońcy zostali błyskawicznie zmieceni i zaczęło się metodyczne niszczenie obiektu. Personel uciekł chwilę wcześniej. Po unicestwieniu oprzyrządowania przyszła pora na zburzenie samych budynków. Grupa Randżiego uporała się ze wszystkim bez kłopotów. Długo przyjdzie czekać na wysiany stąd najprostszy sygnał.

    Umknęli w chwili, gdy w pobliżu zjawiły się wezwane z miasta posiłki. Noc skryła napastników i spóźnionych obrońców powitały jedynie martwe stosy gruzu.

    W połowie stoku stromizna zmalała na tyle, że znów mogli użyć ślizgaczy. Randżi pomyślał z satysfakcją, że teraz najpewniej nikt nie zdoła ich złapać. Był zmęczony, ale czuł, że chętnie weźmie udział w następnej, podobnej operacji. Podobne odczucia żywili jego towarzysze broni.

    Przez następny ranek nieprzyjaciel starał się ze wszystkich sił powstrzymać odwrót grupy specjalnej. Może oczekiwał, że napastnicy będą solidnie wyczerpani po nocnej akcji, ale tak czy siak, przeliczył się. Grupa Randżiego przebiła się samodzielnie, nie czekając na wsparcie. Żołnierze nawet nie zmienili szyku z marszowego na bitewny.

    Z boku zbliżył się ślizgacz prowadzony przez wroga... kobietę. Randżi szybkim manewrem wszedł jej na ogon i strzelił z najbliższego dystansu. Zauważył przy tym, że dziewczyna była całkiem ładna... jak na potwora, oczywiście. W gruncie rzeczy nic wartego zachwytu. Jej ślizgacz buchnął płomieniem i w kłębach dymu runął na pustynną równinę.

    Wieczorem napotkali liczniejsze siły, w skład których wchodziły samoloty szturmowe. Niech sobie pohałasują, pomyślał Randżi, oglądając się przez ramię. Daleko w tyle nieprzyjaciel niszczył podsunięte mu zmyślnie pozoratory, udające z powodzeniem prawdziwe ślizgacze.

    Ranek zastał niemal cały oddział mknący daleko poza zasięgiem patroli przeciwnika. Byli bezpieczni.

    Pierwsza misja zakończyła się bezapelacyjnym sukcesem; straty były minimalne, szczególnie gdy wzięło się pod uwagę stopień ryzyka i wagę zniszczonego obiektu.

    Randżi znalazł czas, aby odwiedzić rannych. Wszystkich zastał w dobrych humorach; obrażenia nie odebrały nikomu ducha. Poległych odnotowano jedynie dwóch, rannych ewakuowano w komplecie i wszyscy byli już pod opieką medyków, którzy stawiali same dobre prognozy leczenia. Taka sztuka nie udała się jeszcze nikomu.

    System obronny przeciwnika został poważnie nadwerężony i oddziały Krygolitów i Aszreganów (pochodzących jednak z zupełnie innej planety niż Kossut), dotąd spychane krok po kroku, zyskały chwilę oddechu i zaczęły nawet przygotowywać akcje ofensywne.

    Randżi i jego przyjaciele aż palili się, by wrócić na pierwszą linię, ale usłyszeli, iż są zbyt cennym oddziałem i że powtórka podobnej akcji mogłaby skończyć się porażką. Nakazano im ewakuację z planety.

    - Zasłużyliście na nagrodę - powiedziała im pewna starsza stopniem pani oficer, gdy znaleźli się już na pokładzie transportowca. Czekał na nich na orbicie samotnego księżyca planety i z miejsca skrył się w podprzestrzeni.

    - Ale walka o Koba jeszcze nie skończona... - zaprotestował Randżi. - Moglibyśmy pomóc. Możemy...

    - Zrobiliście już, co do was należało - odparła mało życzliwie tamta. - Sama nie wiem, czemu was odsyłają - dodała łagodniej. - Osobiście uważam, że bardzo byście się nam przydali. Wszyscy wiedzą, jak się sprawiliście. Ale nie ja o tym decyduję. Dostałam tylko rozkaz, by bezpiecznie zabrać was z Koba i tyle. Dowództwo nie zawsze wyjaśnia, co i dlaczego.

    - Właśnie, co nas czeka? - spytał zrezygnowany Randżi i usiadł wygodniej na pryczy.

    - Pewnie zostaniecie obsypani zaszczytami - mruknęła oficer.

    - Za jedną jedyną akcję? - spytał Tourmast i pogładził opatrunek na czole, gdzie musnął go promień miotacza. Kość i skóra goiły się bez powikłań. - Szczególnie, gdy bitwa i tak była wygrana?

    - Nie mnie osadzać takie rzeczy - powiedziała i potarła palcami knykcie lewej dłoni.

    - A kiedy to ma nastąpić? - zagadnął Tourmast.

    - Pewnie niezadługo po waszym powrocie do domu. A, nie powiedziano wam jeszcze - dodała, widząc ich zdumione miny. - Zatem to mnie spotyka ten zaszczyt. Wiedzcie, że Nauczyciele chcą spotkać się z wami osobiście.

    - Kouuad naprawdę się ucieszy - krzyknął Winun.

    - To nie tak. - Pani oficer spojrzała na niego z ukosa. - Nie mówię o waszym wychowawcy, ale o Nauczycielach. Tych przez duże N.

    Transportowiec mknął przez podprzestrzeni, a Randżi nastawiał się duchowo na spotkanie. Uczucia miał mieszane. Radowała go bliska perspektywa spotkania z rodziną, ale sumienie żołnierza protestowało przeciwko zostawieniu planety Koba w dwuznacznej sytuacji strategicznej. Nie oczekiwał, że pierwsza walka przybierze postać tak krótkiego epizodu. Może następnym razem dadzą im szansę na przeprowadzenie całej zwycięskiej kampanii.

    Zresztą, bywa gorzej, pocieszył się. Nie wszyscy schodzą z pola bitwy w glorii i na własnych nogach.

    Dzienniki na Kossut pełne były relacji z błyskotliwego rajdu; komentatorzy prześcigali się w wychwalaniu "naszej bohaterskiej młodzieży". Lądowanie było transmitowane nawet na inne światy. Po paradzie wojskowej przedstawiono kolejno wszystkich zwycięzców podczas uroczystości w amfiteatrze. Feta ciągnęła się bez końca i bohaterowie poczuli w końcu, że są znudzeni.

    Zgodnie ze scenariuszem akademii dowódców wygnano ich na scenę jako ostatnich. Soratii, Randżi, Tourmast i inni posłusznie zajęli miejsca na podium.

    Na Randżim największe wrażenie zrobiła obecność dwóch Nauczycieli. Tylko kątem oka zarejestrował zebrane tłumy, siedzących w pierwszym rzędzie rodziców i rodzeństwo oraz mnogość wszelkich kamer.

    Nauczyciele emanowali serdecznością, adresowaną nie tylko do głównych aktorów dzisiejszego przedstawienia, ale do wszystkich wkoło. Wzorem poprzedników Randżi podszedł do dostojnych gości i wyciągnął dłoń. Cztery miękkie czułki ścisnęły czule jego pięść. Towarzyszyły im podziw i czysta miłość.

    Oto spełnia się moje marzenie, pomyślał młodzieniec. Taki zaszczyt mało kogo spotyka po śmierci. To piękne, móc doświadczyć kontaktu z Nauczycielem, będąc zdrowym i sławnym. Amplitur cofnął macki i emocje z miejsca osłabły. Randżi sprężyście wrócił na podium.

    Bakałarz przeżywał najpiękniejsze chwile swego życia. Miejscowe warunki pogodowe były znośne, entuzjazm najwyższej próby a powitanie gorące. Warto było odwiedzić tych Aszreganów.

    Młodzi żołnierze nie wiedzieli, że dopiero w tej chwili kończył się ich okres rekrucki. Kosztowny i długotrwały program badawczy zakończył się sukcesem Ampliturów. Oznaczało to przełom w krzewieniu idei Celu.

    Jedynym minusem wieczoru był brak wilgoci. Aszreganie zasiedlali światy zbyt suche, jak na potrzeby Ampliturów. Cóż, czasem trzeba ponieść jakieś ofiary, pomyślał Bakałarz. Jakoś to wytrzyma, ale przecież nie mógł postąpić inaczej. Tu chodziło o przenajświętszy Cel. Cóż znaczył drobny dyskomfort wobec takiej sprawy!

    Długo czekali na ten dzień. A jednak udało się i to wcześniej, niż planowali. Bakałarz bacznie obserwował sojuszników i współpracowników. Ciekaw był, czy niedawni kadeci zareagują jakoś odmiennie, ale nie, ich zapał dla sprawy i entuzjazm były równie żywe. Tak samo przyjmowali sugestie, identycznie podziwiali wszystkich Ampliturów.

    Tyle tylko, że ta wyróżniona grupa stanowiła nową jakość. Dowiodła już swej wyjątkowości podczas walki na Koba. Ich sukces przeszedł nawet oczekiwania twórców programu. Waleczność nowych żołnierzy utrwali się w następnych pokoleniach; ich potomstwo wesprze sprawę Celu. Jeszcze jeden czy dwa testy w warunkach polowych, potem wycofa się ich na tyły i skłoni do produkcji jak największej liczby dzieci. Wprawdzie będą protestować i rwać się do walki, do tego ich przecież szkolono, ale ostatecznie wszyscy z wdzięcznością uznają nową rolę. Ampliturowie ich przekonają.

    Oczywiście, owi młodzi ludzie nie mieli pojęcia, że są przedmiotem eksperymentu. Nieuprzejmie było traktować tak cennych sojuszników jako materiał rozpłodowy. Nieuprzejmie byłoby mówić im, że wszystkie swe zdolności zawdzięczają wyrafinowanej bioinżynierii Ampliturów.

    Gratulując zwycięzcom sukcesu, Bakałarz zastanawiał się wciąż, jak by tu udoskonalić najnowszy produkt. Przecież wszystko, co dobre, zawsze może być jeszcze lepsze. Naukowcy podłej Gromady nie spoczną w wysiłkach, by zagrozić Celowi. Tak wiec Wspólnota nie powinna zasypiać.

    Bakałarz wypatrywał niecierpliwie wyników następnego testu, w którym eksperymentalna grupa miała stawić czoło w pełni wyszkolonym i wyposażonym Ziemianom. Gdyby okazało się, że są lepsi nie tylko od regularnych jednostek Massudów i Czirinaldo, ale dają w kość również Ziemianom, oznaczałoby to pełny sukces. No i panikę w szeregach Gromady.

    Bakałarz spojrzał na publiczność i uniósł obie kończyny oraz rozpostarł wszystkie macki. Równocześnie zaszczepił w umysłach obecnych poczucie jedności, solidarności i wdzięczności. Zebrani zaczęli wiwatować, a Amplitur ogarnął ich wystawionymi na szypułkach oczami.

    Po uroczystości Bakałarz z ulgą powrócił do swojego apartamentu, gdzie wilgotność powietrza była znacznie wyższa.

    Skóra przestała go z wolna swędzieć; mógł wreszcie odstawić krople do oczu.

    Łagodnozielony usadowił się w sąsiednim hamaku. Ciemne ślady na grzbiecie wskazywały, że ten drugi Amplitur wypączkował niedawno potomka.

    - Mam wrażenie, że się udało.

    - I to bardzo - odparł Bakałarz. - Są pełni podziwu dla swych bohaterów.

    - Bo i powinni być - mruknął Łagodnozielony i przewrócił się na bok, by w pełni zaznać wygody hamaka. - Z tego, co wyczułem, ci nowi nie wykazują żadnych nieprawidłowości w obrębie genotypu.

    - Też bym tak powiedział. - Bakałarz zanurzył się w płytkim basenie z ciepłą, pachnącą miło wodą. - Meldunki były dokładne.

    - Szkoda, że nie mogliśmy sprawdzić wszystkiego osobiście na Koba.

    - Sam wiesz, czemu. Pomijając niepotrzebne ryzyko, nasza obecność byłaby dodatkowym balastem dla regularnych oddziałów Aszreganów. I bez tego walka z Ziemianami jest wystarczająco trudna. - Jego skóra pokryła się srebrzystymi cętkami.

    - Pokonali Ziemian na ich własnym terenie - zauważył z cicha Łagodnozielony. - Coś wspaniałego. Z meldunków wynika, że Ziemianie byli mocno zdumieni.

    - Powinni być - dodał refleksyjnie Bakałarz. - Dzięki takim zaskoczeniom będzie teraz podupadać ich duch bojowy. Nasi byli nie tylko skuteczni, ale cieszyli się walką. Największe to błogosławieństwo dla Celu.

    - Mimo aszregańskiego wychowania walczą jak Ziemianie. - Łagodnozielony machnął czułkiem. - Genetycy dobrze się sprawili. Świetnie przykroili materiał. Na dodatek jedynym pragnieniem tych nowych jest jak najwierniej służyć Celowi.

    - Właśnie. A to oznacza koniec federacji Splotu.

    Łagodnozielony wiedział, że ów koniec nastąpi nie wcześniej niż za kilkaset lat, ale Ampliturowie zawsze myśleli długofalowo. Byli cierpliwi i czas jednego pokolenia nie znaczył dla nich wiele. Gotowi byli czekać bardzo długo, aż kolejne generacje nowych wojowników wejdą do walki na wszystkich frontach.

    - Niemniej wciąż jeszcze istnieje pewne ryzyko - zauważył Bakałarz, zlewając się obficie wodą.

    - Wiem, ale jak na razie wszystko się udaje. Przy wytężonej pracy i odrobinie szczęścia program będzie się rozwijał.

    - Niektórzy z naszych pobratymców sądzą wciąż, że igramy z ogniem.

    - To jest wojna. Trzeba ryzykować. Nasi przodkowie ryzykowali nie raz, niosąc prawdę Celu przez galaktykę. Nie możemy być od nich gorsi. Poza tym oni nie spotkali nigdy tak patologicznej formy życia jak Ziemianie. Nowe wyzwania wymagają nowych metod. Kolejne zwycięstwa uciszą oponentów.

    - Też tak myślę.

    Bakałarz schował słupki oczne i pogrążył się w mrocznej wodzie, miło kojącej ciało po długim pobycie na suchej, zlanej blaskiem reflektorów i otoczonej tłumem sojuszników scenie.



Strona główna     Indeks